NOWY SEZON „OPOWIEM CI O ZBRODNI”

PIĄTKI o 22:00
20 września
Więcej
< Artykuły

Marta Guzowska o swojej najnowszej powieści "Raj"

• To pytanie przy okazji premiery twojej nowej powieści pt. „Raj” pewnie będzie padać często – jak to się stało, że nie ma niej wątków archeologicznych? Tę tematykę uczyniłaś swoim znakiem rozpoznawczym… 

Przede wszystkim, nie porzuciłam wątków archeologicznych na zawsze. Obiecałam moim czytelnikom przynajmniej jeszcze po jednej powieści o Simonie Brenner i Mariu Yblu, a ja ZAWSZE dotrzymuję danego słowa!

Myślę, że pisarz powinien przede wszystkim zaskakiwać samego siebie. Jeśli tego nie zrobi, szybko popadnie w rutynę. W końcu nawet mój ulubiony Lee Child, który napisał ponad 20 powieści o Jacku Reacherze, zmienia sposób narracji, punkt widzenia itd. Ja, zodiakalny Bliźniak, mam to do siebie, że łatwo się nudzę. A pisanie w ogóle jest nudnym i żmudnym zajęciem. Więc staram się ciągle stawiać przed sobą nowe wyzwania, bo adrenalina podczas pisania jest mi potrzebna tak samo, jak wielbicielowi thrillerów podczas czytania.

• W przypadku tej książki poszłaś o krok dalej – historię opowiadasz z punktu widzenia różnych bohaterów, wszyscy znaleźli się w dniu otwarcia w centrum handlowym o nazwie „Raj”… 

Matka, jej córka i przyjaciółka, dwóch dilerów, złodziej i pracownik korporacji. I czające się zagrożenie. Sześcioro z nich spędza noc w galerii handlowej, siódme ogląda wydarzenia z zewnątrz. Dwoje jest przekonanych, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo, jedno chce zdobyć sławę, inne pieniądze, ktoś coraz lepiej się bawi, a kto inny chce tylko wypełniać porządnie obowiązki. Każde z nich jest gotowe na wszystko, żeby osiągnąć cel. Nawet zabić… 

• Brzmi to intrygująco! Ale Twoje powieści zazwyczaj są pełne zwrotów akcji, bohaterowie wikłają się w tarapaty... Czy planując powieść, najpierw wymyślasz intrygę? Od samego początku znasz zakończenie książki czy dajesz się ponieść tempu wydarzeń i sprawdzasz, dokąd poniesie Cię historia?

Pisanie powieści to dla mnie jak wyprawa w teren. Wyruszam zaopatrzona w mapę, kompas, bidon z wodą i dobre buty i wydaje mi się, że rach-ciach dotrę do celu i nawet się nie zmęczę. Ale w drodze okazuje się, że mapa się podarła, kompas stłukł się albo zgubił, wodę wypiłam, a buty uwierają. A ja muszę dotrzeć do końca trasy, bo alternatywą jest śmierć z wyczerpania. Więc brnę przez dżunglę i bagna i próbuję jakoś znaleźć drogę po gwiazdach i mchu na pniach. Dziesięć razy się gubię, przysięgam, że już nigdy więcej, że to ostatni raz, że mam dosyć, a potem docieram do celu, jestem z siebie ogromnie dumna i zaraz siadam do pisania kolejnej powieści.

• Ostatnio brałaś udział w projekcie telewizyjnym dla CI Polsat, gdzie opowiadałaś o zbrodni, która rzeczywiście miała miejsce. Twoim zadaniem było dopisanie pewnych wątków, uzupełnienie tej historii o szczegóły, których pewnie nikt już tak naprawdę nie pozna. Czy jako autorka wolisz pracować z ograniczeniami, które mogą narzucać fakty, czy też wolisz mieć pełną swobodę w wymyślaniu akcji?

Lubię wmyślać historie od nowa, ale kiedy słyszę opowieść o prawdziwej zbrodni, natychmiast jestem zaintrygowana i chcę wiedzieć więcej. Chcę zrozumieć, jak to się stało, jak do tego doszło. Interesuje mnie motyw: ale nie taki z powieści Agathy Christie, tylko ludzki, coś, co pobudza człowieka do działania. Dlatego pisanie o prawdziwych zbrodniach traktuję jako prawdziwe wyzwanie, umożliwiające mi wniknięcie w psychikę ludzi. Poza tym wyłazi ze mnie wtedy natura naukowca, który musi zinterpretować fakty. 

Bywa zresztą też tak, i to nie raz, że życie przegania sztukę. Prawdziwe historie mają często elementy, których nie odważyłabym się użyć w powieści w obawie, że czytelnik uzna je za przekombinowane. A to się naprawdę przydarzyło. Więc pisanie o tak zwanych true crimes nie zawsze jest ograniczeniem, czasem stanowi nie lada wyzwanie.